sobota, 31 sierpnia 2013

Szpital

8.

Obudziłam się w szpitalu, po chwili szybko się poderwałam. Przy mnie stała pielęgniarka a na krześle siedział Lou. Gdy pielęgniarka wyszła podszedł do mnie Louis, cały czas milcząc dopiero po dłuższej chwili odezwał się:
- Jak się czujesz?
- No w sumie ok, tylko trochę mnie boli głowa i ramie.
- Wiem że boli, ta rana kłuta... Lekarze szybko ją odkazili i ta ranę na czole...Jeszcze te pobicie w klubie...
Mówił tak nieskładnie.
- No zdarza się.
- Co się w ogóle stało?
- Więc gdy wyrzucono mnie z klubu... - i tak opowiedziałam mu całą historie. Gdy skończyłam opowiadać Louis siedział chwile cicho aż nagle wybuchł.
- Jak mogłem do tego dopuścić?! - i walnął ręką w stolik tak mocno że aż rozciął sobie rękę.
- To nie twoja wina, sama pakuje się w kłopoty.
- Powinienem za tobą od razu pójść i w razie czego ci pomóc, gdyby tylko coś poważnego ci się stało...
- Ale nic mi takiego nie jest - uspokajałam go pośpiesznie
- Czemu od razu nie poszłaś po pomoc tylko stanęłaś do walki z dwoma facetami?!
- Nie mogłam zostawić Niall'a a w ogóle co z nim?
- Byłem u niego ale jest jeszcze nieprzytomny .
- Oby nic poważnego mu się nie stało...
- Oby...
- Idź do pielęgniarki niech ci opatrzy tą rękę.
- Dobrze.
- Aha i zawołasz jeszcze lekarza? Chce z nim porozmawiać.
- Ok. A tak propo gdy straciłaś przytomność zadzwoniłem jeszcze po policje i zgarnęła tych dwóch typków, odpowiedzą za to co zrobili.
- To dobrze.
Gdy Lou wyszedł rozejrzałam się po sali i zauważyłam metalową tackę, zrzuciłam jedzenie i przejrzałam się w niej. Miałam fioletowe miejsca na twarzy i szwy i prawie wszystko miałam opuchnięte.
- Wyglądasz fatalnie - powiedział ktoś, spojrzałam w stronę drzwi i zobaczyłam siwiejącego mężczyznę z brodą i wąsem który był w białym fartuchu.
- Jestem dr. Kunszt - i wyciągnął rękę w geście przywitania.
- Miło mi - jednak nie podałam ręki - czy jest mi coś poważnego?
- Nie chyba nie wykonaliśmy ci już większość badań ale nie wszystkie, nie masz wstrząsu mózgu ale trochę martwi mnie ta rana kłuta.
- Która godzina?
Doktor spojrzał na zegarek i odpowiedział:
- Jest 23:18,a co?
- Nie, nic chcę wypisać się na własne żądanie.
- Nie możesz...
- Mogę! Musze! Nic mi nie jest!
- Ja bym jednak nalegał aby...
- Nie obchodzi mnie to! Nie zgadzam się! - krzyknęłam obsesyjnie.
- Dobrze uspokój się, już idę po papiery Selly.
Pokiwałam głową. Kiedy lekarz wyszedł odłączyłam się od aparatury i zaczęłam się ubierać. Gdy byłam już gotowa i czekałam na papiery wszedł Louis z zabandażowaną ręką.
-I co z ręką?
- Nic tylko ja sobie rozciąłem.
- To dobrze ze nic ci nie jest...
- Yhm
- A moja mam wie że...?
- Że jesteś w szpitalu? A skąd, nie ma tu jeszcze twojej książeczki zdrowia ani karty, papierów nic nie ma.
- To dobrze.
- To dobrze? - spojrzał na mnie pytająco wyglądał też na trochę wściekłego. - Czy ty sobie ze mnie żartujesz?! Bez twojej karty mogli odmówić ci leczenia!
- Ale nie mogli odmówić pomocy. Moja matka nie może się o niczym dowiedzieć.
- Ciekawe jak to zrobisz, Sell masz polowe fioletowej i napuchniętej twarzy i szwy, bandaż na ręce jak chcesz żeby...?
-  Nie martw się dopilnuje żeby nie zauważyła.
- No skoro tak mówisz...
- Czy nie odwiózł byś mnie do domu? - zapytałam nieśmiało.
- No pewnie ze tak.
- Ale najpierw odwiedzimy Niall'a
- Dobrze.
Wtedy do sali weszła pielęgniarka z papierami, wzięłam je i zaczęłam wypełniać. Gdy wszytko było gotowe mogłam już wyjść. W drodze na parking odwiedziliśmy Niall'a, był nieprzytomny cały w bandażach i miał kroplówkę a twarz miał strasznie napuchniętą. Usiadłam koło niego, zaczęłam szlochać i przepraszać. Chwile potem jeszcze posiedziałam  w ciszy a łzy spływały mi po policzkach. Louis nic nie mówił. Wychodząc spytałam pielęgniarki co z nim będzie? Pielęgniarka powiedziała tylko tyle że stan jest stabilny i czekają  na prześwietlenie klatki piersiowej bo jest możliwość połamania żeber. Obiecałam że jutro go odwiedzę i ruszyliśmy na parking.
 Stojąc pod moim domem zastanawiałam się jak niepostrzeżenie wejść do domu bo jest już po północy a mama pewnie jest zła że nie odbieram telefonu.
- Dzięki za wszystko - powiedziałam do Lou.
- Nie ma za co, szkoda ze nie pojawiłem się trochę wcześniej, może skończyło by się to inaczej...
- Może...
- Może to ja bym teraz leżał w szpitalu zamiast ciebie.
Spojrzałam na niego, wydawał się taki spokojny i opanowany.
- Dobrze ze nas znalazłeś- powiedziałam próbując się uśmiechnąć ale miałam tak opuchniętą twarz że pewnie wyglądało to pokracznie. ,,Mam nadzieje ze opuchlizna zejdzie mi do poniedziałku bo inaczej nie będę mogła pokazać się w szkole". Gdy chciałam już odejść  Lou zbliżył się do mnie i pocałował w policzek, później szepnął mi do ucha ,,Przepraszam. Gdybym cie stracił albo coś by ci się stało nie wiem co bym zrobił." Stałam jak osłupiała i zanim coś z siebie wydobyłam on juz odjechał. Wchodząc do domu starałam się być jak najbardziej cicho. Na dole nikogo nie było  ,,Może mama juz śpi". Weszłam do kuchni i wzięłam sobie mrożone warzywa z lodówki i poszłam do góry. W pokoju stanęłam przed lustrem wyglądałam strasznie i byłam wyczerpana, patrząc na siebie zauważyłam pełno krwi na sukience rękach i butach ,,Trzeba będzie to wyprać albo odkupić Alice". Zdjęłam sukienkę, założyłam piżamę i położyłam się spać z mrożonymi warzywami na twarzy żeby nie mieć tak wielkiej opuchlizny.



2 komentarze: